Główna

X FESTIWAL 24-25 LIPCA 2020

 

Czas się tu zatrzymuje

Ta duża polana leży w dawnym parku, niegdyś pewnie gładzonym ręką człowieka, jego miłością do drzew, do nieba i powietrza. Dziś nikt już nie pamięta nawet cieni ludzi, którzy te drzewa sadzili, ci zniknęli, wybrzmieli jak minione wschody i burze. Tylko ponad szczerbatymi koronami starodrzewu to samo niebo, ta sama cisza. I poezja. Chyba ta sama.

Jak co roku nie zauważam skrzyżowania i mijam tabliczkę-wskazówkę „Wołodia pod Szczelińcem” – bo jest szara i zbyt nisko, ledwie na wysokości oczu, nie wznosi się wystarczająco wysoko, jak to zwykle bannery przy drogach, krzyczące barwami już z daleka. Ta tabliczka – myślę z uśmiechem, w którym jest i sentyment, i trochę kpina – jest dziwnie przydrożna niby świątki i kapliczki na rozwidleniach. Może jak one chroni przybyszów od rozmaitych duchów i strzyg? Od złych myśli, przywleczonych niepotrzebnie z daleka?

Cofam się tyłem, jakbym jechała do tyłu „pod czas”.

Droga na polanę jest szutrowa, prowadzi w dół przez złote, trochę zdziczałe pole, obok fragmentów starego, niepotrzebnego już ani polu, ani ludziom płotu z niekorowanych, wyblakłych desek. Ale płot jest uparty – po prostu kiedyś tu rósł i pamięta – pewnie nie wszystko i niezbyt dokładnie. Jakby był z baśni.

Gdybym przyjechała trochę później, nie przeoczyłabym skrętu – nawet jechałabym w korku po szutrowej ścieżce, a straż miejska i wolontariusze festiwalowi nerwowo kierowaliby mnie na zatłoczone parkingi. Ale nie poznałabym wtedy baśni o płocie.

Ciekawe, że sznur samochodów rozplątuje się przy polanie i one potem znikają jakoś, chowają się litościwie w szachownicach przelotnych, jak chmury parkingów. Na polanie, gdyby nie profesjonalna scena z jaskrawym dachem sztucznego nieba, to prawdziwie niebo działoby się jak zawsze.

Na ten festiwal pod Szczelińcem – właśnie zauważyłam, że „word” nie zna „Szczelińca” i trzeba sobie dodać! – jedzie się jak w gości – do rodziny, do przyjaciół, znajomych.

Znam Januszowy „Projekt Volodia” od pół wieku, to znaczy Janusza Kasprowicza znam od pół wieku, a „Projekt” krócej. Janusz zawsze był dla mnie, sorry Januszu, szczylem, przyjacielem mojego młodszego brata. Brat został też muzykiem i gra od początku „Volodii”.  Grali też razem jako licealiści w zespole – cholera, nie pamiętam nazwy, – który  ściągaliśmy na „Małą Yapę”, bo kiedyś, bardzo-bardzo „kiedyś” angażowałam się w studencką piosenkę poetycką i turystyczną.

Na tegorocznym Festiwalu mój dorosły syn jest jednym z organizatorów-wolontariuszy „Wołodii pod Szczelińcem”, ale zaczynał jako, „dyrektor do spraw noszenia ławek i ich ustawiania”. Synek ciągnie mnie do „poety i łachmyty” – Andrzeja Janeczko i „Kaczuchy” – Mai Piwońskiej, bo często przecież wspominam tamte czasy. Mówię, że  „kiedyś to były czasy…”, a on śmieje się, że teraz „nie ma czasów”.

I syn poznaje mnie z Andrzejem i Mają, których przecież kiedyś znałam, nawet zaczynamy rozmowę chyba w miejscu, gdzie skończyliśmy ponad trzydzieści lat temu – że publiczność wesoła, że na kocach i karimatach, że podobnie, jak kiedyś. Obok profesjonalnej sceny na polanie w Gajewie nie zauważam, że „Trzeci Oddech Kaczuchy” to teraz znani z dużych scen artyści.

I jest Mirosław Baka – legenda, prawdziwa gwiazda. Staram się tak nie myśleć – bo Mirek (mogę tak, panie Mirku?) to moje pokolenie, pokolenie Kaczmarskiego i Wysockiego, ich piosenek, w których chodziło o „niebo gwiaździste i prawo moralne”. I właśnie Baka śpiewa prościutką „Piosenkę o przyjacielu” –

Weź go w góry na stromy stok

Nie odstępuj go tam na krok

Jedna lina niech łączy was

Dla was dwóch to w sam raz

Potem na scenie, z „Projektem Volodia” Mirosław Baka myli się przy wykonaniu „Piosenki pijackiej”.

Lubię tę scenę w spektaklu, gdzie piosenka opowieść snuje się przy wódce i pije się prawdziwy samogon. Tego roku to Baka wypija z Januszem i Evgenem  Malinovskiy’m, aktorem i pieśniarzem rodem z Rosji, a potem wraca do mikrofonu „wstrząśnięty, nie zmieszany” i zgubiwszy się w zwrotce, przerywa śpiew, zespół czeka akompaniując, a Baka podchodzi do Janusza i  Evgena, dostaje „na drugą nogę” i rozchełstany, z wypuszczoną na spodnie koszulą, zaczyna od nowa:

 Popatrz, popatrz Miszka, nas szacunkiem otaczają…

Dopiero, kiedy się kłaniał widzom, widać było, że to tylko aktorski kunszt.

Ale przecież tak mogło się kiedyś zdarzyć: że Wysocki pił na scenie, zapominał tekstu, pomylił się, zaśpiewał jeszcze raz.

Przecież czas tu, w Gajewie, się zatrzymuje, choć czasy się zmieniają.

Ano, widzę to nie tylko po córkach Janusza, jak wydoroślały i wypiękniały, ale i po Gościach Festiwalu, przybyłych nie z mrocznego Archipelagu, ale ze swoich Ukrain, Rosji czy Gruzji. Aleksiej Kudriawcew, bard i pieśniarz, urodził się w Moskwie, a zamieszkał w Brnie, Stanisław Marinczenko to Rosjanin, urodzony w Charkowie, co od dawna żyje w Polsce, bądź Akakij Gaczecziladze, Gruzin, malarz-filozof, który zaśpiewa ze sceny „Cicha woda, brzegi rwie” i tłumaczone na polski pieśni gruzińskie. A razem z aktorem, Lechem Dyblikiem dotknęli czasu przeszłego w pieśniach Okudżawy. Pan Lech sam nazywa się „radzieckim piosenkarzem” i śpiewa błatne pieśni rosyjskie.

Ja podśpiewuję teraz „Poranną gimnastykę” Wysockiego:

 Красота: среди бегущих первых нет и отстающих…

I sobie zmieniam sens piosenki: Nie ma tu wygrywających, nie ma tu przegrywających

Bo teraz już u nas „nie ma czasów”, jak mówił mój syn.

A propos Akakija… Pół koncertu biedziłam się, gdzie w rosyjskiej literaturze występuje postać o imieniu Akakij. W Bułhakowie? To z Czechowa? Jerofiejew i „Moskwa-Pietuszki”?  I rozmawiałam o literaturze rosyjskiej z młodym Ukraińcem, uczestnikiem piątkowego konkursu, rozmawiałam z Rosjaninem… Nic. W końcu z Marinczenko, Polakiem, i Rosjaninem, pomagając sobie wujkiem google. Staś przecież jest dużo młodszy i z pokolenia, które nie musi przegrzebywać pamięcią przeczytanych książek, a znają z wiki nieprzeczytane. I już wiem: „Ojcu było Akakij, niechże i syn będzie Akakij”! Radośnie lecę do syna, który z Basią i Karoliną Kasprowicz (Karolinka jest dziś Malko) odpoczywają po harówie przy Festiwalu, i wykrzykuję: Gogol i „Szynel”. Ale „młode” nie wiedzą, ani co to „gogol”, ani co „szynel”.

Tak tyko trochę sobie pomyślałam, jakby na dziesiątą, tę jubileuszową „Wołodię pod Szczelińcem” wzbogacić o łyk kultury rosyjskiej i „radzieckiej”, o kroplę czasów Wysockiego?

Bo w przyszłym roku tu wrócę,

I wspólnie z „Volodią”, wykonawcami i widownią  zaśpiewam:

Wtedy wrócę i ja, wśród przyjaciół i w snach.

I pół roku nie minie, zaśpiewam jak kiedyś.

(Aha, potem była część nieoficjalna… Dobra… a nad ranem była burza)

 

Inga Orłowska 30.07.2019